*Pierwsze zdania czytać z rutyną w głosie/myślach, taką monotonią.. znużeniem charakterystycznym dla czynności wykonywanej po raz czterdziesty*
Dawno, dawno temu, za wzgórzami i lasami była sobie rzeczywistość baśniowa i postacie z charakterami. Pośrodku tych czasów, wizjonerskiej ery feudalizmu Japońskiego, żyją sobie niezwykle utalentowana, urodziwa i mądra kapłanka oraz lekko nieokrzesany i utemperowany przez surowy los pół-demon. Za sprawą dość tajemniczego klejnotu Shikon ich ścieżki krzyżują się - wszyscy stają się szczęśliwi i w ogóle sielanka.
Aż to pewnego dnia robactwo reprezentowane przez pająka-demona postanawia nasypać piasku w tryby (tudzież cukru do baku) i zdobyć wyżej wspomniany klejnot, niszcząc przy okazji całą atmosferę radości.
Można rzec, że schemat sztampowy, że lura i kicz do kwadratu - dobro kontra zło i pośrodku tego jakieś precjoza. To tylko wstęp.
Fabuła "Inuyashy" nie jest aż tak przewidywalna i łatwo o potknięcie prorokując co też może stać się dalej. Kto w końcu może przewidzieć, że tytułowa postać będzie chciała już w pierwszym epizodzie zrobić pulpety z numeru dwa pośród głównych bohaterów? (i to nie przez porachunki, ani dla zabawy). Rumiko Takahashi (autorka tytułu!) zręcznie stworzyła wielopłaszczyznową opowieść, w której przeplatają się mocno kontrastujące i dobrze znane wątki miłości i nienawiści czy pragnień i umiarkowania. W dziele nie chodzi tylko o walkę dobra ze złem; czyli szukaniu znienawidzonego przez chyba wszystkich, Naraku (który jest wynikiem poczynań wspomnianego pająka-demona). Postacie są naturalne i ich problemy, słabości czy rozterki są dobrze uwidocznione. Jedni widzą w tym pozytywy, a inni nie i z tego względu wiele jest głosów krytyki stwierdzających o przydługiej i zawierającej tak zwane zapychacze serii.
Jak najbardziej trzeba przyznać, że zawiera - ale czy to takie straszne? Głosy znów podzielone, bo jednym będzie pasowała przyjemność trwająca jak najdłużej (niczym pożeranie czekolady z reklamy Wedla), a innym nie, gdyż wybiorą mało i "do rzeczy".
Siłą opowieści nie tylko jest zbiór zdarzeń, ale i miejsce oraz postacie. Ci drudzy, to mozaika. Każdy tutaj ma "charakterek" i każdy inny styl bycia. Przysłowiowe Ogień i Woda stają się jednak idealnym spoiwem, aby zaintrygować obserwatora. Zapoznając się z tytułem można znaleźć swojego własnego faworyta bez większych problemów - po prostu trzeba się nieco zagłębić, dać czas na rozwinięcie akcji. Srebrzysto-włosy Inuyasha o gwałtownym usposobieniu i uczuciach skrywanych pod maską twardziela nie pasuje? To może przeklęty Mnich ze słabością do płci pięknej spełni oczekiwania? Słowem - różnorodność jak najbardziej istnieje, jest się z kim zidentyfikować.
Miejscem akcji jest zazwyczaj era Sengoku, okres ustawicznych bitw i wojen w historii Japonii, kiedy to życie nie było przeliczane nawet na jeny. Sengoku, to miejsce wypełnione kontrastami - zapadające w pamięć krajobrazy, pejzaże, które nie raz potrafią zmienić się w zgliszcza. Możni, bandyci, ludzie ledwo wiążący koniec z końcem, realizm; osady tętniące życiem i ruiny po przejściu zarazy czy oddziałów zbrojnych, realizm.
Realizm znamy - w przypadku dłuższej opowieści stałby się on piątym kołem u wozu, czymś co zaczęłoby nudzić widzów. Dlatego też w celu nadania dodatkowych barw i polotu, autorka ożywiła lokalne legendy i przypowieści. Efekt robi wrażenie - Ludzie stają się jedynie częścią społeczności Świata, obok Demonów i Bogów. Żadna z tych grup nie odznacza się czystością, białymi rękawicami; życie przesiąka i dopada każdego obracając w pył każdą doskonałość.
Jeśli ktoś uważa, że taka miejscówka, to za mało, to jest i na to odpowiedź. Fabuła nie rozgrywa się wyłącznie w przeszłości, ale także nie raz w teraźniejszości. Nie jest to jednak alternatywa zupełnie przeciwna, niczym lokalizacje znane choćby z serii Silent Hill. Czasy obecne, to obraz dominacji gatunku 'człowieka myślącego', to nowoczesność i powolne zanikanie kultury. Istoty Boskie i Demoniczne istnieją tutaj, ale w liczbie i aktywności tak niskiej, że wkładane są pomiędzy bajki na dawno zakurzonej półce. Kto lubi hordy szarych obywateli krążące po dużym mieście, a także lokalne licea i życie uczniowskie nie będzie zawiedziony - bo poza świątynią Higurashi (czyli domem głównej bohaterki) właśnie to jest.
To by wyjaśniało o czym seria traktuje oraz co i kogo można się w niej spodziewać.
Poniżej opisuję elementy składowe dzieła oraz trochę wrażeń (czyli jak to wygląda i czy da się słuchać).
"Inuyashę" osobiście dzielę na dwa elementy składowe, a są to Manga i Anime. Pomimo iż jedno bazuje na drugim, to warto zapoznać się z obydwoma. To nie tylko dopowiedzenia pewnych kwestii (braki w anime) ale także niekiedy inne rozwinięcia danych wydarzeń (idealnym przykładem będzie historia o Pustelniku, który zabijał aby osiągnąć wieczną młodość, a który zginął na dwa sposoby - na papierze inaczej, a na ekranie inaczej).
Manga jest dość surowa, bardziej krwawa i mniej skrupulatna od swojej ekranizacji - gdzie wyraźnie widać próbę dopasowania utworu do młodszego pokolenia widzów. Anime uruchamia wszystkie zmysły (no, może poza zapachem zadrukowanego papieru) i to jest jego główna zaleta.
Dzięki takim rozbieżnościom można bez obaw sięgnąć zarówno po tomiki czy dvd - na pewno nie będzie nudno, bez liniowych powtórek fabularnych.
Istnieje także jednak duża rozbieżność pomiędzy oboma tymi elementami składowymi - tłumaczenie oczywiście. Mamy przetłumaczonych kilkanaście tomików dzięki oddziałowi firmy Egmont i .. to było wszystko. Praca nie wre, a w przypadku anime stoi w martwym punkcie (nie było żadnej emisji, więc i żadnych dubbingów). Przyszłość tego punktu, to nadzieje na dalsze tłumaczenia Mangi i raczej pewny zastój ekranizacji ("Inuyasha" nie jest dziełem nowym, a sam fakt wznowienia emisji w Japonii z powodu wydania nowych odcinków nic konkretnego u nas nie znaczy). Zdeterminowany znajdzie w internecie napisy do odcinków przygotowane przez fanów - często jednak jest to słaba translacja, bądź niepełna (bądź jedno i drugie).
Brzmi to jak gdyby oficjalne tłumaczenie było lepsze.. jest, ale nie zawsze, gdyż pojawiają się i tutaj błędy. Moim zdaniem największą pomyłką ekipy Egmontu było przepisanie nazwy "Inu-yasha", jakoby tak nazywał się bohater i całe dzieło. Inu i yasha mają swoje japońskie znaczenia, co jest faktem, ale Autorka je połączyła bez użycia kresek. Niby detal, ale wkurza; przynajmniej mnie.
Pomiędzy surowym rysunkiem, a ich wielowymiarową, kolorową składanką jest znacząca różnica. W tym pierwszym zarysy postaci, pejzaży, itd. są ostrzejsze; styl autorki jest w pełni uwidoczniony. Ekranizacja charakteryzuje się natomiast uproszczeniami pod tym względem, swoistym rozmazaniem (barwy redukują, wtapiają się w kontury). Przy czym nadmienić trzeba, że nie znajdzie się tutaj niezwykle popularnych dzisiaj efektów specjalnych stworzonych przez komputer; trójwymiaru wychodzącego poza ramy wiernego anime. O nim samym warto powiedzieć jeszcze tyle, że dzieli się na dwa (co najmniej) style. W okolicach setnego odcinka (plus/minus). zaobserwować można próby dostosowania serii do standardów wyznaczonych przez popularniejsze tytuły. Wyostrzono kontury, zastosowano "ocieplenie" (więcej barw, więcej ich odcieni) oraz sama animacja przeszła metamorfozę (więcej klatek i dynamiki) - słowem takie udziwnienia, które wiele nie wniosły, a nawet czasem odnieść można wrażenie, że popsuły.
Dźwięk. Plus przede wszystkim taki, że podkładający głosy nie zmieniają się co sezon i dobrano ich niemalże idealnie do odgrywanych postaci. Jeśli bohater wyglądający na mocarza nie ma głosu jak pszczółka Maja, to znaczy, że jest dobrze. Mowa (no oczywiście!) o wersji oryginalnej, czyli z Kraju kwitnącej Wiśni, gdyż ta stworzona za oceanem jest do bani - typowo dobór chyba z łapanki.
Odgłosy otoczenia są odgłosami otoczenia - nie irytują, są i budują klimat danego miejsca. Podobnie z muzyką, która jak to często bywa ma zastosowanie sytuacyjne - do danego zdarzenia jest przypisanych kilka ciekawie brzmiących "kawałków" (np. kiedy dochodzi do walki, czy jest czas relaksu). Podsumowując można rzec, że nie będzie specjalnie dudnić w uszach, a już na pewno nie w sposób taki, który odtrąci (w zależności od wersji językowej).
Pora na podsumowanie całościowe.
Już tak jest, że pomysły z kilkoma latami na karku, potrafią pobić na głowę nowe produkcje - w moim odczuciu "Inuyasha" do takich należy. Siłą przyciągającą tej serii jest niewątpliwie fabuła i wszystko co na nią się składa. Historie opowiedziane tutaj powodują refleksje i edukują; pokazują jakie archetypy do czego mogą prowadzić. Wskazywanie pozytywnych i negatywnych wzorców, a także niezdecydowania i powolnych przemian postaci zaciekawia, pozwala na identyfikacje.
Zarówno Manga jak i Anime mają własne plusy oraz minusy, są ze sobą związane, ale nie są takie same. Dzięki temu można poznawać serię w różnych postaciach i nie odczuć monotonii.
Byłem dość maniakalnym fanem "Kieszonkowych Potworów" (popularnie: Pokemon), aż do czasu poznania tego tytułu. Bogactwo treści, której coraz mniej znaleźć można było w Pokemon wciągnęło mnie do tego stopnia, że postanowiłem poświęcić swój czas gdzie indziej i wcale tego nie żałuję. Polecam serdecznie serię "Inuyasha".